Szołayscy
pl. Szczepański 9, 31-011 Kraków
Wszyscy studiowali w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie; najwcześniej, w 1925 roku, rozpoczął studia Leopold Lewicki, najpóźniej, w 1931, Sasza Blonder. W czasie studiów otrzymywali raz po raz nagrody, a to za malarstwo, a to za rysunek, a to za rzeźbę; ale wszyscy byli zbuntowani przeciwko sztuce akademickiej, przeciwko sztuce swoich profesorów wywodzącej się jeszcze z Młodej Polski. Bunt artystyczny był dla nich jedną tylko stroną rewolucyjnej postawy, walki prowadzonej przy poważnym osobistym zagrożeniu z faszyzmem i sanacją, między innymi w szeregach Komunistycznej Partii Polski. Już w 1930 roku, a więc w czasie gdy grupa się dopiero zaczynała formować, Henryk Wiciński został oskarżony i skazany na miesiąc więzienia za rozpowszechnianie przed fabryką kabli ulotek KPP i Związku Młodzieży Komunistycznej. W 1931 roku studenci endecy zaczęli wyrzucać z pracowni studentów o przekonaniach lewicowych, doszło do zajść i charakterystyczne jest, że za udział w nich przedstawieni zostali do nagany rektora także broniący się przed atakami, m.in. Lewicki, Wiciński, Winnicki.
Nawiązywali do koncepcji sztuki awangardowej, a krytyka międzywojenna wskazywała zwłaszcza ich związki z kubizmem, futuryzmem, konstruktywizmem, ekspresjonizmem, i – co paradoksalne z dzisiejszego punktu widzenia – bezpośrednio z impresjonizmem. Jak zawsze w takich wypadkach powiadając: to już było, w tym nic nowego nie ma. Wydaje się, że w ten sposób przeoczono, i to chyba na długo, to, co rzeczywiście nowego w twórczości artystów Grupy Krakowskiej się pojawiło. To prawda, punktem wyjścia artystów Grupy była wcześniejsza awangarda, świadomie i programowo kontynuowali tę linię, zarazem idąc jednak dalej. Może najwyraźniej dostrzegł to Leon Chwistek, od pierwszych wystaw nieustannie patronujący Grupie. Rzecz ciekawa jednak, że w owych nawiązaniach członkowie Grupy Krakowskiej dalecy byli od czystości czy doktrynerstwa, ba, więcej – byli nieco eklektyczni, czerpiąc swobodnie z tych czy innych programów. Podobnie dość dużo wzięli od swoich profesorów, z którymi walczyli: od Pautscha, a nawet od Kamockiego i Jarockiego. To jednak, co wynieśli z Akademii, mieściło się w najwęziej pojętym warsztacie, nieomal w sposobie kładzenia farby. Z awangardy zaś czerpali idee. Przy tym ciekawe, że w przeciwieństwie do awangardy warszawsko-łódzkiej dalecy byli od tradycji Bauhausu, nie interesowały ich związki malarstwa i architektury, nie interesowała ich sztuka użytkowa, nie chcieli przez sztukę organizować otoczenia człowieka. Może dlatego właśnie, że obce im było i doktrynerstwo, i totalitaryzm rozwiązań. Swoje malarstwo i swoją tak chętnie uprawianą grafikę traktowali jako oręż walki w sferze świadomości.






